Otwarcie 21.11.2025, godz. 18:00
Wystawa czynna do 4.01.2026
Kurator: Adam Andrzejewski
Adam Andrzejewski
Jednostki chorobowe
Udręka, rozpacz, rezygnacja, fobia, psychoza, odrealnienie.
Choroba rozrywa rytm życia. To co, codziennie, rutyna czy prozaiczność zostaje zakwestionowane przez stan nowy, wyjątkowy. Szok towarzyszący diagnozie jest rozdzierający. Trzeba się do niego przystosować, oswoić. Utarte i znajome schematy dnia codziennego blakną w swojej cichej sile, a powtarzalność rzeczy czy zdarzeń nie dostarcza już bezpieczeństwa.
Fundamentem choroby jest deformacja. Z początku ciało chorego prowadzi z nim złośliwą grę: przecież nic się nie zmieniło, wyglądam tak samo, nie czuję się o wiele gorzej. Innymi słowy: nie ma co popadać w dramatyzm, jestem inna/inny, może mi się uda, jakoś się wyślizgnę. Czas jednak działa na naszą niekorzyść. Osłabienie, utrata wigoru, czy w końcu zmiany na ciele są symptomami bolesnej prawdy, nie da się już zaprzeczyć tego, że coś się z nami dzieje nie tak. Głębszą warstwą deformacji jest uszczerbek psychiczny. Ciągła walka, brak zgody na swój stan, zaprzeczenie i bolesna akceptacja są jak walec, który rozjeżdża, spłaszcza naszą osobowość. Wojna toczy się wewnątrz i na zewnątrz, atak jest przypuszczony z obu stron jednocześnie. Czasowość nie jest jednoznacznie nakierowana na przyszłość. Chory egzystuje w wiecznym „teraz”, zawieszeniu, niepewności. Nie widzi poprawy, wszystko sprowadzone jest do jednej, przerażającej chwili.
W swoich najnowszych obrazach Martyna Czech przeżuwa rozmaite wymiary stanu chorobowego, analizuje, indywidualizuje, a następnie wypluwa na płótno. Gęsta wydzielina zastyga wyłaniając obraz. Tak, przetworzony, skondensowany, ciężki materiał przybiera formę uczuciową. Nie są to przyjemne uczucia. A raczej: odpychające, wstrętne, wstydliwe, bolesne. Artystka brutalnie, acz szczerze oddaje sprawę z tych emocji. Obrazy, za pomocą dynamicznych, nieznoszących sprzeciwu, pociągnięć pędzla nabierają realności i uniwersalności. Nie jest istotne tutaj oddanie detalu, lecz przywołanie danej emocji i przerzucenie jej na widza. Nie ważne kto choruje, choruje tak samo. Choroba, pomimo rozmaitych przyczyn, ostatecznie przybiera podobne formy.
Minorowe tony przedstawianych prac, ukazują także przemocowy charakter choroby. Poturbowana psychika jest już tak udręczona, że horyzont „normalności” zostaje znacząco przesunięty. Psycho-człowiek traktuje z czasem swój stan jako „zdrowy”. Wypracowane ścieżki działania umożliwiają mu patrzenie na innych, właśnie jako „chorych”. Nie każdy musi chcieć się leczyć, a postępująca choroba wznosi mur ochronny przed nie—chorą rzeczywistością.
Wizja przyjęta przez Czech jest co najmniej ambiwalentna. Kreśli ona rzeczywistość, w której wszyscy żyjemy w jakiejś wielkiej psychozie. Niemożliwość realizacji siebie, swoich pragnień, ujawnia jednostce jednoznacznie tragiczny krajobraz. Zdewastowana psychika odbija się na fizyczności: bladość postaci, świdrująca pustka w malowanych oczach. Szaleństwo nie jest jednak do końca zbiorowe. Szukanie pocieszenia u innych osób, w podobnym stanie, jest bezskuteczne. Świadomość niemożności wspólnotowego przepracowania traum i fobii, powoduje jeszcze większe zapadanie się człowieka w sobie samym. Tak rozumiane społeczeństwo jest zbiorem chorych jednostek pozbawionych komunikacji między sobą.
Choroba staje się nową rzeczywistością. Uczymy się jej reguł, aby przetrwać i jakoś funkcjonować. Jeśli doszukiwać się u Czech pozytywnego aspektu, to znajdziemy go w wolności ekspresji bólu i przytłoczenia. Artystka zaprasza nas do wykrzyczenia, wyrzygania tego co w nas jest i tego, co z nami jest. Może ktoś znajdzie w tym otuchę.
Adam Andrzejewski
Pathological conditions
Torment, despair, resignation, phobia, psychosis, derealization.
Illness tears apart the rhythm of life. What was once everyday, routine, or mundane is suddenly thrown into question by a state that is new and extraordinary. The shock accompanying a diagnosis is shattering. One must adapt to it, tame it. Familiar pat-terns of daily life lose their quiet strength, and the repetition of things and events no longer offers comfort or safety.
At the core of illness lies deformation. In the beginning, the body plays a spite-ful game: nothing has changed, I look the same, I don’t feel much worse. In other words: there’s no need for dramatics—I’m different now, but perhaps I’ll manage, perhaps I’ll slip away from it somehow. Yet time works against us. Weakness, the loss of vitality, and eventually the changes inscribed on the body become symptoms of a painful truth: it is no longer possible to deny that something is profoundly wrong. A deeper layer of this deformation is the psychological wound. Constant struggle, refusal to accept one’s condition, denial, and the eventual, painful conceding—these operate like a steamroller flattening our personality. The war plays out both inside and outside; the attack comes from every direction at once. Time ceases to point toward the future. The sick person exists in an eternal “now,” suspended, uncertain. They see no improvement; everything collapses into a single, terrifying moment.
In her most recent paintings, Martyna Czech chews on the many dimensions of illness—she examines, personalizes, and ultimately spits them onto the canvas. A dense secretion solidifies to reveal an image. This processed, condensed, heavy matter takes on an emotional form. These emotions are not pleasant. Rather: repulsive, shameful, painful. The artist conveys them with brutal honesty. Through bold, un-yielding brushstrokes, the paintings gain a raw realism and a universal resonance. Precision of detail matters less than the summoning of emotion and its transference to the viewer. It does not matter who is ill—illness manifests in similar ways. Despite differing causes, it ultimately assumes familiar shapes.
The sombre tone of these works also exposes the violent nature of illness. The battered psyche becomes so tormented that the very horizon of “normality” shifts. Over time, the psycho-person begins to treat their distorted state as “healthy.” The coping mechanisms they develop enable them to see others as the truly “sick.” Not everyone must wish to recover, and the progression of illness erects a protective wall against the un-ill reality beyond.
Czech’s vision is, at the very least, ambivalent. She sketches a world in which we all live within a vast psychosis. The inability to realize oneself or one’s desires presents the individual with a distinctly tragic landscape. A devastated psyche imprints itself upon the body: the pallor of figures, the piercing emptiness in painted eyes. Yet the madness is not entirely collective. Seeking solace in those who share a similar condition proves futile. The awareness that traumas and phobias cannot be processed communally drives a person deeper into themselves. Society, in this sense, becomes a gathering of isolated, ailing individuals stripped of meaningful communication.
Illness becomes a new reality. We learn its rules in order to endure, to function in some way. If Czech’s work contains anything resembling hope, it is in the freedom to express pain and overwhelm. She invites us to scream out, to purge what lies with-in us and what is happening to us. Perhaps someone will find comfort in the release.
Martyna Czech - ur. w 1990 roku w Tarnowie. Jest absolwentką malarstwa ASP w Katowicach. Dyplom obroniony z wyróżnieniem w 2017 r. W 2015 r. była laureatką Grand Prix - Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego 42 Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” w Bielsku-Białej, w 2017 r. Laureatka Talentów Trójki 2017, w 2019 roku była nominowana do nagrody Paszporty Polityki. W sztuce zajmuje się krytyką świata ludzkiego w oparciu o własne doświadczenia. Porusza ją cierpienie zwierząt. Jest bystrym obserwatorem relacji między światem zwierząt i ludzi. Interesują ją sytuacje, w których zderzenie tych dwóch światów powoduje ból i cierpienie. Gdzie jest granica ludzkiej wytrzymałości na ból psychiczny, czy istnieje? Szczera, odważna, unika schematu. Porusza uniwersalne i ponadczasowe tematy.